WITAJCIE NA MOJEJ STRONIE !!!
ZAPRASZAM DO ŚWIATA MOICH PASJI !!!

KOCOBĘDZ

Kocobędz

W upalny czwartek 31 maja 2018 roku wybrałem się na wyprawę rowerową. Trasa rozpoczęła się w Bronowie, skąd pojechałem wzdłuż lasu do Landeka, a potem leśnym duktem do Zaborza i Pierśćca. W Skoczowie odwiedziłem rynek i chwilę stałem na kładce nad Wisłą, podziwiając ryby. Jadąc w kierunku Goleszowa, przejechałem przez malownicze tereny Bładnic i Kozakowic, skąd były ładne widoki na Beskidy, a zwłaszcza Czantorię. Po krótkim postoju w Goleszowie leśną trasą ze szlakiem Grennways pojechałem przez Puńców do Dzięgielowa i Mnisztwa będącego dzielnicą Cieszyna. Trasa wiodła malowniczymi pagórkami. W samym Cieszynie zatrzymałem się nad Olzą, a potem pierwszy raz na nowym rowerze przejechałem do Czeskiego Cieszyna, z którego z małymi problemami (problem z oznakowaniem trasy R10 na Bohumin) pojechałem do Kocobędza. tam kilka razy pomyliłem szlak, ale odnalazłem drogę na Karwinę. Trasa jest ruchliwa, ale nie jechałem nią długo, bo wjechałem na szlak rowerowy wiodący wzdłuż Olzy i dojechałem do uzdrowiska w Darkowie. W Karwinie odwiedziłem... Tesco w którym kupiłem jedzenie i słynną czeską "Kofolę" - zakupy robiłem w iście sprinterskim tempie, gdyż mimo fakt, że rower był przypięty, to jednak cholernie się bałem, ale jeść się chciało mocno... Na karwińskim rynku zawitałem nieco później, gdzie zadziwił mnie fakt, że z pobliskiego kościoła wyruszyła procesja Bożego Ciała. Tak się złożyło, że ostatni dzień maja 2018 roku był świętem Bożego Ciała. Co ciekawe, w Polsce jest to dzień
wolny, ale nie w Czechach, a tu w Karwinie taka niespodzianka. Widząc procesję, znów zgłupiałem, czy w Czechach jest, czy nie ma Bożego Ciała... Jak się okazało, jest ono najczęściej obchodzone w niedzielę "po naszym" Bożym Ciele i kiedy u nas jest święto w czwartek, tam jest zwykły dzień. Karwińska procesja była dwujęzyczna: po polsku i po czesku. Prowadziła od kościoła obok rynku, do czterech ołtarzy, z czego ostatni był przy kościele obok Urzędu Miasta. Po procesji pojechałem już tylko w stronę granicy, do Kaczyc, ale na samej granicy się zatrzymałem i zjadłem posiłek. Od granicy do domu jechałem stałą trasą przez Kończyce, Pruchną i Drogomyśl do Zaborza, gdzie wjechałem w ten sam las, co byłem wcześniej, a potem pojechałem przez Iłownicę do Landeka i Bronowa, gdzie zakończyłem wyprawę.

Podczas całej wyprawy była niemal upalna pogoda, choć w Kocobędzu, gdy ukradłem kilka czereśni z drzewa, usłyszałem grzmoty znad gór. Na szczęście gdzieś sobie poszły... Licznik zatrzymał się na 111 kilometrach, przy czym czasem osiągałem prędkości rzędu 40 km/h