WITAJCIE NA MOJEJ STRONIE !!!
ZAPRASZAM DO ŚWIATA MOICH PASJI !!!

WODZISŁAW WILCHWY 12.06.2016



WODZISŁAW ŚLĄSKI WILCHWY

OSTATNIE SPOTKANIE Z WUJKIEM ROMKIEM...

Wyprawa rowerowa z dnia 12 czerwca 2016 roku, jest chyba najbardziej niezapomnianą wyprawą w historii. Wyruszając w ten ciepły, czerwcowy poranek w kierunku  Wodzisławia Śląskiego, a konkretnie dzielnicy Wilchwy, myślałem tylko o tym by nie oglądać i nie denerwować się rozgrywanym wtedy meczem piłkarskiej reprezentacji Polski z Irlandią Północną w ramach EURO 2016. Jak wiadomo owe mistrzostwa okazały się historyczne, bo Polacy odpadli dopiero w ćwierćfinale po karnych z Portugalią, ale nie o tym chciałem pisać... Podczas tej wyprawy miałem zamiar odwiedzić poważnie chorego mojego wujka Romka, który przebywał właśnie w "Domu bez barier Maja" w wodzisławskiej dzielnicy Wilchwy.




Moja trasa rozpoczęła się w Bronowie, skąd pojechałem przez Landek do Chybia a potem przez Strumień do miejscowości Zbytków, o której wiele razy pisałem z powodu pobliskiej granicy prusko-austriackiej. Malowniczym terenem pojechałem w kierunku Pielgrzymowic i jastrzębskiej dzielnicy Ruptawa, gdzie przejechałem blisko granicy z Czechami i pojechałem do Skrzyszowa (Skryszowa), gdzie miałem postój, bo już tutaj musiałem sugerować się mapą, by jak najlepiej dojechać do Wodzisławia.




Mapę tamtejszych terenów podarował mi kiedyś sam wujek, do którego jechałem. Wjechałem na prostą drogę, która wiodła pod sam budynek, w którym przebywał wujek. Droga na krótkim odcinku wiodła przez Mszaną, by trafić do Wodzisławia Wilchw.

 


Zatrzymałem się pod "Mają", wypakowałem i zapiąłem rower, jednocześnie informując zaskoczonego wujka o swojej obecności. Wujek nie wiedział, że do Niego jadę, bo obawiałem się, że nie trafię, więc nie chciałem Go stresować - dość miał zmartwień spowodowanych ciężką chorobą. Ten człowiek powitał mnie w progu i pojechaliśmy windą do na Jego piętro do Jego pokoju. Wujek mieszkał w małym pokoiku, tuż obok innego Pana, przez którego pokój wchodziło się do pokoju wujka, który mi powiedział, że ten facet jest bratem ówczesnego Marszalka Sejmu. Zadowolenie wujka z mojej rowerowej wizyty, było ogromne, co znalazło też podziw u innych mieszkańców i obsługi, jak wujek zakomunikował im, ze na rowerze przejechałem do Niego aż ponad 50 km ! Następnie długo rozmawialiśmy w Jego pokoju, gdyż zawsze mieliśmy mnóstwo tematów do poruszenia - opowiadałem Mu o wyprawie rowerowej do Przecieszyna (dom Beaty Szydło) i innych wyjazdach, oraz wspominaliśmy nasze wspólne rowerowe i narciarskie eskapady. Krytykowaliśmy sytuację polityczną w kraju, polską reprezentację w piłce nożnej, chwaliliśmy skoczków narciarskich, oraz naśmiewaliśmy się z tych, co na czas EURO 2016 jeździli z polskimi flagami na autach. Rozmawialiśmy też o historii. Będąc z wujkiem zauważyłem niestety spory postęp choroby - raka mózgu, który mimo wcześniejszej operacji rósł i poważnie zagrażał życiu wujka. Jego ręce drgały, a poruszanie się było trudne. Zmęczony organizm chłonął kolejne dawki chemioterapii i radioterapii na którą wujka wożono do kliniki w Gliwicach. Rozmowa trwała długo i szczerze, to nie chciałem wracać ale niestety musiałem. Wujek odprowadził mnie na parking, gdzie do barierki był przypięty mój rower. Tam podaliśmy sobie ręce i pożegnaliśmy się "do następnego razu", bowiem wtedy umówiliśmy się, że jak tylko wujek się wyleczy to pojedziemy na wspólna wyprawę rowerową do Turzy Śląskiej. Choć byłem świadomy poważnej sytuacji wujka i tego, że szanse na wyzdrowienie są niewielkie, dałem mu nadzieję że pojedziemy nie raz na wspólną wyprawę...




Wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że było to nasze
OSTATNIE SPOTKANIE...gdyż nie zdążyłem zobaczyć się z Nim ponownie z czym trudno się pogodzić. Ten wysportowany i pełen energii, niezwykły człowiek powrócił "do domu Ojca" 20 sierpnia 2016 roku, około godziny 20.00. Strata tak fajnego wujka jest przykra, bo niewątpliwie bardzo dobrze, zawsze się dogadywaliśmy nawet po śmierci mojego taty (Jego brata, który zmarł 1.09.2002r.). To jest człowiek, którego zawsze bardzo lubiłem i nigdy nie było pomiędzy nami żadnych kłótni. Nigdy nie odmówił jakiejkolwiek pomocy i nawet podczas naszego, opisywanego tutaj ostatniego spotkania, powiedział mi, abym trenował jak najlepiej sport (narty, rower). To Jemu zawdzięczamy nasze starty na nartach w górach, oraz pomoc w wielu  innych prywatnych sprawach. 


Z Wodzisławia, wyruszyłem ponownie do Skrzyszowa, gdzie skierowałem się do Godowa, czyli nadgranicznej miejscowości z której pochodzi Franciszek Pieczka.



Widziałem tam centrum i pojechałem do drewnianego kościoła w sąsiednich Gołkowicach, które są rodzinną miejscowością Mariana Dziędziela, a na tamtejszym przejściu granicznym przejechałem przez granicę polsko-czeską do czeskiej Zavady.


 


 Ładne, pagórkowate tereny towarzyszyły mi przy trasie z Zavady, przez Petrovice u Karvine, do przedmieść samej Karviny, którą minąłem wzdłuż granicy państwowej, kierując się w stronę polskich Kaczyc. Na przejściu granicznym, które odwiedzam wiele razy, wjechałem na swoją słynną drogę "do Czech" , która prowadziła przez Kaczyce, Kończyce, Pruchną, Drogomyśl do Zaborza, gdzie wjechałem na leśny trakt wiodący do Landeka, a stamtąd szybko pojechałem przez Bronów do domu.


 
Licznik odnotował 103 km, przy prawdziwie upalnej pogodzie. Ta wyprawa zapadła mi szczególnie w pamięci, nie ze względu na tereny, czy dystans, ale ze względu na spotkaną osobę mojego wujka Romka, z którym, jak już wspomniałem wtedy widziałem się ostatni raz przed Jego śmiercią. Dodam też, ze wujek czytał wiele razy tą stronę i opisy z wypraw rowerowych i narciarstwa.


GALERIA ZDJĘĆ Z TEJ WYPRAWY: photos.google.com/album/AF1QipOswqm4cGxWkJe0mFv_8zuqgO2bW1zm8QuwcN00

SPECJALNY FILM Z NASZEJ OSTATNIEJ WYPRAWY ROWEROWEJ Z DNIA 26.07.2015:




NIECH SPOCZYWA W POKOJU.