WITAJCIE NA MOJEJ STRONIE !!!
ZAPRASZAM DO ŚWIATA MOICH PASJI !!!

GÓRA CHEŁM


GÓRA CHEŁM W GOLESZOWIE




















W upalną niedzielę 30.08.2015 roku z grupą 16 rowerzystów wybrałem się o godzinie 10.00 spod Domu kultury w Ligocie na kolejną wyprawę rowerową. Pogoda dopisywała, chęci były no to ruszyliśmy...






Pojechaliśmy z Ligoty Miliardowic, przez Bronów do Landeka, a następnie skierowaliśmy się ładną trasą w kierunku Iłownicy, gdzie widzieliśmy jeden z pierwszych kościołów w Polsce p.w. św. Jana Pawła II. Z tej miejscowości, podziwiając ładną panoramę ze wzniesienia, dotarliśmy do Pierśca, a potem przez Kiczyce, wjechaliśmy na WTR wiodącą wałem Wisły w kierunku Skoczowa. Po przejechaniu przez to miasto chwilę odpoczęliśmy nad stawami przy drodze ekspresowej Bielsko - Cieszyn i pojechaliśmy przez Bładnice i Godziszów na górę Chełm. Podjazd pod górę jest nieco wymagający, ale prosty i asfaltowy z pięknymi widokami na Beskid Śląski z Równicą, Klimczokiem, Szyndzielnią, Czantorią oraz na będący już na terenie Republiki Czeskiej Beskid Morawskośląski z Javorovym Vrchem na czele. Na górze rozpościera się piękny widok w stronę czeskiej elektrowni w Dziećmorowicach, polskich miast: Jastrzębie, Rybnik i Żory oraz widoczne są kopalnie Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego (Czechy) i Jastrzębskiej Spółki Węglowej (Polska). Przy dobrej pogodzie można dostrzec nawet pasma Sudetów Wschodnich (Jeseniki z Pradziadem na czele). Na szczycie góry znajduje się też szkoła paralotniowa, skąd według tamtejszej tablicy, można dolecieć aż na Mont Blanc...

















Po kilkunastominutowym odpoczynku ruszyliśmy
w drogę powrotną do centrum Goleszowa, z którego pochodzi prezes Polskiego Związku Narciarskiego Pan Apoloniusz Tajner (był też trenerem skoków narciarskich). Z Goleszowa, lekko pagórkowatą, ale widokową trasą przez Cisownicę do centrum Ustronia, gdzie wjechaliśmy na WTR, którą jechaliśmy, brzegiem Wisły aż do Skoczowa, gdzie część grupy się z nami pożegnała, a my pojechaliśmy dalej wzdłuż Wisły, gdzie przy jazie, pomiędzy Skoczowem a Ochabami zafundowaliśmy sobie we 4 kąpiel w chłodnych wodach Królowej Polskich Rzek. Co prawda susza dała się jej we znaki, ale woda leciała sobie dosyć żwawo, bo wszak w myśl słów piosenki: "Dopóki Wisła płynie, Polska nie zaginie". Część grupy pojechała do domu, a my cieszyliśmy się urokami kąpieli, by potem spokojnie w 5 jechać przez Ochaby i tereny stawów Zakładu Doświadczalnego Polskiej Akademii Nauk, do Chybia, a stamtąd na pyszną grochówkę w Mnichu (Żabiniec). a trasie spotkaliśmy panie, które jechały z Brennej do Goczałkowic i pytały o drogę...

Po nasyceniu się grochówką pojechaliśmy do Landeka, gdzie pętla się zamknęła i szybko przejechaliśmy przez Bronów do Ligoty pod Dom Kultury. Niestety kilka chwil po zakończeniu wyprawy dotarła do nas wiadomość o groźnie wyglądającym upadku jednego z uczestników, ale na szczęście skończyło się tylko na otarciach naskórka i CO WAŻNE dużą role odegrał kask na głowie rowerzysty, bo gdyby nie on to byłoby groźnie! Dlatego zawsze jeżdżę w kasku rowerowym, choć polskie prawo tego nie nakazuje... Po tym zdarzeniu wyprawa oficjalnie się zakończyła...

No ale mój licznik pokazywał nieco ponad 70 km, więc po krótkiej wizycie w domu, pojechałem na wycieczkę "by dobić do setki".... I tak oto pojechałem przez las czarnoleski do Zabrzega, a potem leśną ścieżką edukacyjną na wał Jeziora Goczałkowickiego, by sprawdzić ile jest wody, bo mamy do czynienia z suszą... Następnie pojechałem leśnym, asfaltowym traktem na tzw. " dziką plażę" , gdzie poddałem się urokom kąpieli w wodach jeziora, oraz obserwowałem malowniczy zachód słońca, po czym pojechałem z powrotem leśnym traktem, odbijając na skrzyżowaniu w prawo na płyty, którymi dojechałem do Chybia, a potem przez Landek i główną drogą przez Bronów, do Międzyrzecza Dolnego i przez Ligotę i Zabrzeg ponownie zawitałem do domu... Tym razem definitywnie skończyła się wyprawa, a licznik zanotował 114 km, czyli "dobiłem do setki" a nawet więcej...





 





Warto wspomnieć, że wyprawa odbyła się dokładnie w 10 rocznicę mojego, pierwszego rowerowego wyjazdu na teren Republiki Czeskiej, co stało się na przejściu granicznym w Kaczycach... No cóż lata lecą, ale kilometry też!!!